W styczniu zawsze czuję, że praktyka robi się trochę inna. Dni krótkie, ciało i głowa wolniejsze, a jednak mata wciąż woła. Ostatnio coraz częściej myślę o Ashtanga Jodze właśnie jako o formie terapii – nie w sensie modnego wellnessu, ale naprawdę głębokiego, codziennego leczenia.
Nie chodzi o to, żeby za wszelką cenę zrobić pełną II lub III serię. Chodzi o to, żeby wejść na matę i posłuchać, co akurat dzisiaj potrzebuje uwagi, który odcinek kręgosłupa jest sztywny, gdzie siedzi napięcie w klatce, co umysł ciągle miele. Te same ruchy, ten sam oddech, ale za każdym razem trochę inny dialog z samym sobą.
Właśnie to cenię najbardziej, że Ashtanga nie każe nam udawać, że wszystko jest super. Można przyjść zmęczonym, z bolącym biodrem, z głową pełną lęku i mimo to praktykować. Nie idealnie, nie widowiskowo, ale uczciwie. Korekta, modyfikacja, dłuższy oddech, czasem po prostu zatrzymanie się – to wszystko jest częścią tej samej drogi.
Patrząc z boku na lata swojej praktyki widzę, że najwięcej uzdrowienia przyszło nie z tych „wielkich” przełomów w asanach, tylko z tych małych, powtarzalnych chwil, kiedy po prostu zostałam z tym, co jest, zamiast uciekać.
W maju będę miała okazję znowu pobyć w takiej przestrzeni na żywo – razem z Manju P. Jois i Sathu Jois, u nas, we Wrocławiu. Pięciodniowy warsztat „Terapia Jogą”, dużo indywidualnej praktyki Mysore, precyzyjne korekty, pranajama, mantry, rozmowy. Coś, co łączy bardzo tradycyjne podejście z prawdziwą uważnością na to, co akurat przeżywa konkretny człowiek na macie.
Bardzo się cieszę, że takie wydarzenia się dzieją. Dla mnie to zawsze przypomnienie, że Ashtanga nie jest muzeum. Jest żywą, zmieniającą się praktyką, która potrafi leczyć, jeśli tylko damy jej na to przestrzeń. Zapraszam Was serdecznie, dołączcie do nas.
Do zobaczenia na macie!









